czwartek, 17 czerwca 2010
01.07.2009
Obudziły mnie jakieś głosy i dzwonienie rowerowych dzwonków. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam studentów kręcących się wokół sterty odrapanych rowerów. Dziewczyny przymierzały się do poszczególnych sztuk, Kamil kręcił niepewne kółka na swoim i co chwila zsiadał, żeby coś dokręcić.
W kuchni natknęłam się na babcię Zosię i stół zastawiony rożnymi śniadaniowymi pysznościami, które nijak nie przypominały moich i Kitusiowych płatków zbożowych, czyli naszego Warszawskiego śniadania.
- Jadą gdzieś? - spytałam żując kawałek świeżutkiej bułeczki, którą babcia Zosia właśnie wyciągnęła z pieca.
- A.. tak. Na Hel jadą. Taką sobie wycieczkę wymyślili. Umordują się to kawał drogi przecież, ale niech jadą. Dwa rowery od Wilmanowej pożyczyli, a reszta to moje. A ty Martusiu, może byś tez pojechała? Marcin by się ucieszył na pewno – Babcia Zosia dokończyła uśmiechając się lekko do bułki, którą obficie smarowała masłem.
- Eee nie. Kitek już zadba o mój optymalny stan umordowania. A co do Marcina...to nie mam pojęcia, o czym mówisz - wyszłam z kuchni udając śmiertelne oburzenie. W pokoju odsłoniłam Pamelkę tzn klatkę z Pamelką, co docenione zostało radosnym ćwierknięciem i trzepotaniem skrzydełek na powitanie. Pamelka czuła się tu dość dobrze. W ciepłe dni wystawiałam ją na werandę, nie dałam się jednak przekonać babci Zosi, że kąpiel w deszczu też by jej nie zaszkodziła, i że ona w ten sposób właśnie kąpała swoje papużki.
A z tym Marcinem, kurczę babcia już zauważyła. To prawda, że przez ostatnie dni kręcił się koło mnie dość intensywnie. Nie nachalnie, broń Boże. Właściwie było to bardzo ożywcze, trochę tak, jakby ktoś codziennie mówił mi komplement. Od kilku lat tak się nie czułam. Nie stanowiłam obiektu zainteresowania żadnego faceta z wyjątkiem mojego małego, ryczącego facecika. Może to kwestia nowej fryzury, może zrobionych rąk i nóg, a może maseczek od Mady. Nie wiem ale Marcin wykazywał zainteresowanie moją osobą. To mi zdecydowanie pochlebiało, ale i też trochę śmieszyło, no bo chleba to z tego nie będzie - jak mówiła babcia Zosia i zaraz dodawała – bułki, to co innego.
Kiedy nasza”młodzież” wyjechała, wystawiłam jedzenie na werandę i usiłowałam wepchnąć Kitkowi trochę paróweczki, podczas gdy on próbował rozgnieść na obrusie pomidorka i przejechać go swoim samochodzikiem. Kiedy to, co ewentualnie wylądowało w jego brzuszku popił kubeczkiem „kakałka” babcia Zosia uznała, że dosyć tego i zabrała go do piaskownicy, co spotkało się z aprobatą mojego dziecka.
- Dzień dobry, pani – omal nie podskoczyłam, kiedy usłyszałam głos za swoimi plecami.
- Marcin? Myślałam, że pojechaliście na Hel!
- Ja zostałem - powiedział z teatralnie smutną miną – nie najlepiej się czuję.
Odruchowo wyciągnęłam rękę, żeby sprawdzić mu czoło, tak jak robię to kiedy Kitek mówi „Gufka boli o tu!”. Powstrzymałam się w pół gestu, którego miałam nadzieję, nie rozpoznał. Przez chwilę wyobraziłam sobie, że dotykam jego czoła i twarzy wierzchem dłoni i zrobiło mi się gorąco.
- Możesz sprawdzić – niestety był bardzo spostrzegawczy.
- Przyniosę termometr – poderwałam się z krzesła i poszłam do siebie. Kiedy wróciłam uśmiechał się wesoło.
- Żartowałem. Tak naprawdę, to wczoraj graliśmy w siatkę i naciągnąłem sobie ścięgno. Nic poważnego, stara kontuzja...no a poza tym wolałem zostać i może...pobawić się z Kitkiem.
Kitek właśnie przybiegł do nas.
- Ujek, ujek oć bawić sie. Oć... ciufcią bawić.
- Zrobię ci kawy. Może ci się przydać – uśmiechnął się, a ja poszłam do kuchni zrobić kawę – mocną z mlekiem i trzema łyżeczkami cukru. Szaleniec!
Trzeba przyznać, że nie przepracowałam się dzisiaj. Siedziałam na leżaczku, a mój syn maltretował Marcina w roli swojego opiekuna. Stawiali babeczki, jeździli samochodzikami po prowizorycznych autostradach z patyczków, bardzo z resztą przypominającymi te rzeczywiste w naszym kraju, budowali zamki i grali w piłeczkę, przez co nabrałam podejrzeń, że z kontuzją Marcina nie dokuczała mu jakoś specjalnie.
Obiad zjedliśmy na werandzie. Babcia Zosia ugotowała przedwojenną zalewajkę, a ja zrobiłam orientalne kotleciki z indyka, i wszyscy byli zadowoleni. Po obiedzie poszliśmy na spacer brzegiem morza. Babcia Zosia nie dała się namówić i wykręciła koniecznością obejrzenia kolejnego odcinka „Mody na sukces”.
Byliśmy już kilka metrów od domu, kiedy zza sąsiedniego płotu wyłoniła się czerwona chustka, a za nią reszta głowy starej Wilmanowej. Skinęliśmy na powitanie.
- A dzień dobry, dzień dobry pani Marto? Jak tam się pani żyje w wielkim mieście? – zaskrzeczała. Nie było wyjścia trzeba było podejść.
- A dziękuję radzimy sobie...
- Ano, tak słyszałam...a to synek pani..
- Zień dobly pani - zawołał Kitek, który uwielbiał witać się jak trzeba, zresztą sama go tego nauczyłam na przykładzie ludzików z Lego.
- Proszę jaki rezolutny...żywe srebro, żywe srebro...A mąż pracuje, co? - zapytała ze złośliwym uśmiechem i zmierzyła Marcina drwiącym wzrokiem. Zamurowało mnie. Co ona sobie myśli, że mąż w Warszawie, a ja tu na boku kręcę. To chyba gorsze niż prawda i przyznanie, że tatusia nie ma...
- Tak, wujek dużo pracuje teraz - wtrącił się Marcin – wie pani jak to w biznesie. Konkurencja straszna, no i ciocia sama musiała przyjechać. My już nie będziemy pani głowy zawracać, bo się spieszymy, do widzenia. - Wilmanowa spojrzała na nas, otwierając usta ze zdziwienia i zanim zadała kolejne pytanie, Marcin pociągnął mnie za łokieć w stronę ogrodu babci Zosi. - No i z głowy mamy babę – dodał z szerokim uśmiechem.
- Oszalałeś! - warknęłam i wyrwałam łokieć, kiedy już przed wzrokiem Wilmanowej zasłoniły nas krzaki przekwitłego bzu.- Po co powiedziałeś coś takiego?!
- No jak to. Żeby dała spokój...myślałem, że nie wiesz, co powiedzieć – bąknął zbity z tropu,
- Słuchaj! Nie wiem, o co ci chodziło, ale ja nie mam czego się wstydzić. Wychowuje Kitka sama i bardzo się staram, żeby wyrósł na porządnego człowieka. Nie interesuje mnie, co myśli na ten temat taka stara, wredna, dewotka jak Wilmanowa, bo ja nie mam sobie nic do zarzucenia i na pewno nie potrzebuję, żebyś przyjeżdżał tu na białym koniu i ratował mnie z opresji, tak jakbyśmy mieli coś do ukrycia ! - wrzeszczałam chociaż starałam się robić to szeptem, co w połączeniu dawało dość zaskakujący efekt dźwiękowy.
- Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś. Chciałem tylko, żeby dała spokój i nie robiła plotek... Myślałem, że będzie ci niezręcznie tłumaczyć jej … Naprawdę nie chciałem cię urazić – jego głos był spokojny, a argumenty rzeczowe.
- Serdecznie ci dziękuję, ale jak zauważyłeś, jestem już dużą dziewczynką, chociaż nie twoją ciocią , i potrafię sama sobie poradzić w trudnych sytuacjach, więc daruj sobie po prostu...- wtargnęłam do sieni zostawiając za sobą Marcina i Kitka, który od jakiegoś czasu nie zwracał na nas uwagi, bo opowiadał babci Zosi o muszelkach, które znalazł podczas spaceru.
- Marta...- usłyszałam jeszcze ciche wołanie lekko oszołomionego Marcina.
Łzy napłynęły mi do oczu. Zawsze byłam dość histeryczna i płaczliwa. Usiadłam na łóżku. O co mi właściwie chodziło? Wilmanowa zawsze była złośliwa plotkarą. Zabolały mnie jej podejrzenia, czy może tak jak mówił Marcin, to była po prostu niezręczna sytuacja, z której trzeba było jakoś wybrnąć. A może wkurzyło mnie, że wybrnął z niej w taki mało subtelny sposób. Wymyślił, że jest moim siostrzeńcem, zamiast zeskoczyć z białego konia z szabelką, i jak Kmicic albo Wołodyjowski obwieścić światu:
- Moja ci ona, moja. I wara od niej wszystkim, stara wiedźmo!
Może to o to chodziło. Nie wiem. Za stara na to jestem (i za głupia). A może rzeczywiście mam coś do ukrycia.
27.06.2009
Otworzyłam jedno oko, potem drugie. „Dlaczego ktoś palił w moim pokoju? A... to ja” Zapaliłam wczoraj jednego, małego, malutkiego papieroska, tak sympatycznie, do piwa z sokiem, a dym czuję do dziś we włosach, w ubraniu, wszędzie. Będę się musiała zdezynfekować jakoś zanim pocałuję moje małe dzieciątko, pogrążone jeszcze we śnie, chwała Bogu.
Poszłam wczoraj do tej „Grubej ryby”. Myślałam, że przyda się moja indyjska sukienka, ale pod wieczór zerwał się silny wiatr i wolałam nie ryzykować. Wcisnęłam się w dżinsy i ciążową tunikę. Wiem, że powinnam była się jej pozbyć ,ale po pierwsze, jest to, z oczywistych powodów, jeden z moich nowszych ciuchów, a po drugie, takie tuniki są znów w modzie. Kiedy byłam w ciąży strasznie mnie to wkurzało, bo niczym nie wyróżniałam się w moim błogosławionym stanie od połowy wylansowanej Warszawy. Jest jeszcze trzeci powód, tunika jest krwisto czerwona ,a mnie dobrze w czerwonym, i tyle. Do tego olbrzymie granatowe kolczyki pasujące do dżinsów i obcas. Wyglądałam całkiem nieźle. Kiedy pracowałam wyglądałam tak codziennie i nie wzbudzało to mojego zachwytu. Dziś na tle szaroburych, domowych szmat czułam się bosko.
Do „Grubej ryby” trafiłam od razu, mimo pół-egipskich ciemności. Pub stał tuż przy wejściu na plażę, w dziennym świetle przypominał drewniany kuter rybacki. Na zewnątrz kilka stolików, stół do piłkarzyków, automat do gry w rzutki. Ze względu na sam początek sezonu i niezbyt sprzyjającą aurę, na pokładzie kręciło się zaledwie kilka osób, a moi nowi znajomi okupowali stół do piłkarzyków pokrzykując radośnie.
- Część - Marcin podbiegł w moją stronę, mimo jęków zawodu swojej drużyny, którą skazał na niechybną przegraną. - Myślałem, że nie przyjdziesz.
- Dałam radę
- W takim razie mam nadzieję, że jesteś głodna, bo czekałem z kolacją na ciebie, czego nie można powiedzieć o tej niewychowanej zgrai – druga część zdania wypowiedziana została podniesionym głosem i skierowana w stronę niewychowanej zgrai, która niezbyt się tym przejęła. Pomachali do mnie i kontynuowali grę. - Na co masz ochotę? - powiedział to w taki sposób, że gdybym była panną na wydaniu to zapewne oblałabym się rumieńcem.
- Zdam się na ciebie - uśmiechnął się czarująco i zniknął w odrapanym wnętrzu. Usiadłam przy stoliku z widokiem na morze. Nad czarną taflą widać było zarys chmur, an horyzoncie migały jakieś światełka. Poczułam się trochę tak jak kiedyś, kiedy przyjeżdżałam tu z moją paczką przyjaciół. Kiedy to zdrowy egoizm pozwalał mi myśleć tylko o sobie, a nie o śpiącym Kitusiu, i kiedy na początku wieczora myślałam raczej o tym, jak by się tu szybko zabawić, a nie jak by tu szybko wrócić do domu. Ech....
- Zamówiłem ośmiornicę w białym winie
- Żartujesz ?
Marcin patrzył na mnie poważnie
- Żartuję...ale miło że się uśmiechnęłaś.
- Nie strasz, nie cierpię ośmiornic i innych takich, tam...- wzdrygnęłam się ma samą myśl.
- Bez obaw. Chciałem zamówić dorsza, ale pewnie masz już dosyć, więc postawiłem na lasagne. Może być?
- Jasne
- A czego się napijesz?
- Może jakieś piwo z sokiem
- Jakieś piwo z sokiem raz, już się robi.
Kurcze fajny jest, a raczej będzie jak trochę dorośnie. Znad stołu do piłkarzyków dobiegały pokrzykiwania znajomych studentów. Chyba dobrze się bawili, wszyscy z wyjątkiem Moniki, która obrzucała mnie melancholijnym spojrzeniem. „Ojej dziewczynko, nie odbiję ci twojego księcia, zresztą, nie moja wina, że się tak nakręcił ”
- A jak ci się podobają studia? - zadałam standardowe pytanie jakie słyszy się na imieninach u babci . Postanowiła trzymać odpowiedni dystans.
- Bardzo, mamusiu, koledzy już mnie nie biją
Parsknęłam śmiechem. Załatwił mnie, no i jak ja mam z nim gadać.
- A jeśli tak serio pytasz to nie miałem zbyt wielkiego wyboru. Mama jest okulistką, tata kardiologiem. Nie było mi łatwo, wierz mi. Na razie poszukuję...zastanawiam się, może będę sławnym chirurgiem, a może rzucę to wszystko i zostanę trenerem fitness. Życie jest pełne niespodzianek. Twoje zdrowie.
Stuknęliśmy się plastikowymi kubkami. Po lasagni miałam już jasność. Marcin był bardzo fajny. Gdybym była te parę lat młodsza, gdybym nie miała dziecka, lub gdybym tylko uwierzyła, że ta znajomość ma jakikolwiek sens...
Studenci dosiedli się do nas jak na komendę, kiedy tylko skończyliśmy konsumpcję, a Marcin poszedł wyrzucić papierową zastawę. Wtedy to, na swoje nieszczęście wypaliłam jedną fajkę, po której dziś będę musiała dziesięć inut szorować zęby, ale zrobiło mi się tak miło, tak miło że...
- Muszę już iść. Bardzo wam dziękuję...ale już niestety uciekam - Kamil usiłował mnie zatrzymać ale nie dałam się przekonać.
- Odprowadzę cię – powiedział Marcin.
- Wykluczone. Bawcie się dobrze!
Marcin dogonił mnie na deptaku. Nie dał się przegonić. Przy wejściu do domu podałam mu rękę
- Mam nadzieję, że dasz się jeszcze wyciągnąć...na lasagne – miał ciepłą dłoń.
- Być może … Dobranoc - wyrwałam rękę i weszłam do domu.
- Śpij dobrze... - usłyszałam za sobą, a mój żołądek fiknął koziołka. Niby to nic, a brzmi tak ...intymnie.
Babcia Zosia siedziała na bujanym fotelu i oglądała „Szkło kontaktowe”
- Dobrze się bawiłaś? - zapytała nie patrząc nawet na mnie
- Tak,dziękuję - miałam nadzieję że w tym pytaniu nie było żadnej aluzji.
Kituś spał. Jod bardzo mu służył. A może jest odrobina prawdy w tym, co mówią, że szczęśliwe matki mają szczęśliwe dzieci.
26.06.2009
Jestem boginią naleśników i mam na to niezbite dowody oraz liczne grupy wielbiących mnie wyznawców. Moje naleśniki nie tylko wybitnie smakują ze względu na różnorodność kompozycji ciasta i nadzienia, ale co dla niektórych moich wygłodniałych acz niezapowiedzianych gości najważniejsze, przygotowywane są w ok 15 minut.
Babcia Zosia zabrała Kitka do ogrodu i bawiła się z nim dzielnie w dopiero co zaimprowizowanej piaskownicy, a ja zostałam w kuchni i postanowiłam upichcić moje najznamienitsze danie czyli naleśniki serowo-makowe. Kto nie jadł niech żałuje. Przepis zapiszę moim następcom w testamencie lub zabiorę ze sobą do grobu.
Pamelka ćwierkała na werandzie a ja wprawiona w dobry nastrój zaczęłam od postawienia na kuchni dwóch patelni – zawsze tak robię dzięki czemu oszczędzam cenny czas. Jednocześnie przygotowuję nadzienie, żeby potem szybciutko zawijać to co się na bieżąco smaży. A ponieważ potrafię przerzucać naleśniki w powietrzu, dzieło jest nie tylko smaczne ale i estetyczne. I może nie mam kruczoczarnych loków Nigelli i może nie mówię z francuskim akcentem jak Paskal ani nie bluzgam tak umiejętnie jak Gordon Ramsay, ale na naleśnikach się znam. Jestem w tym boska!.
Zmiksowałam ciasto i usłyszałam jak Kitek komentuje z ogrodu:
- Mama, tak....blum blum slobiła! Blum ...slobiła babciu...tak
- Tak Kitku. Mama pyszne naleśniczki nam zrobi. Lubisz naleśniczki?
- Taaaak – odparło moje dziecko z przekonaniem. Niestety entuzjazm Kitka nie zawsze przekłada się na jego apetyt, i mimo iż twierdzi, że bardzo coś lubi, często nie daje się tym w żaden sposób nakarmić.
Pierwsze placki zaczęły odchodzić od patelni. Raz, dwa i fruwały w powietrzu wykonując po drodze coś w rodzaju :salto mortale” a po chwili lądując z powrotem na patelni . W misce obok mieszam puszny kaszubski twarożek i mak dodając cukier i kilka innych tajemniczych składników. A za chwilkę kolejna para naleśników gotowa była do lotu.
Po jakiś 5 minutach, czyli kiedy byłam w połowie pracy i właśnie przerzuciłam nad głową kolejnego naleśnika, za moimi plecami rozległy się gromkie brawa. Podskoczyłam ze strachu – prawie jak mój naleśnik. W kuchennym oknie „wisiały” studenckie głowy zakończone klaszczącymi dłońmi. Głowy uśmiechały się od ucha do ucha. Kamil zagwizdał na palcach a żeńska część widowni przytakiwała z szacunkiem.
- Nie chcieliśmy pani przestraszyć - powiedziała jedna głowa czyli Kasia – ale obserwowaliśmy panią z daleka i musieliśmy po prostu podejść, bo nie było dobrze widać, a taki widok nie zdarza się często...
- Zgadza się. Powinna Pani brać udział w Olimpiadzie, zrobili by dla pani oddzielna konkurencję – to Marcin, a raczej jego głowa bo reszty nie widziałam. Zdawało mi się, że puścił do mnie oko – ta dzisiejsza młodzież. Kiedy już minął mi stan przedzawałowy też się odezwałam
- No świetnie. Nie wiedziałam, że mam widownię. Ale dzięki za uznanie.
- A gdybyśmy mogli jeszcze skosztować, to zapewniam, że uznanie byłoby pełniejsze... - Kamil dostał po głowie od Sylwii i wcale nie wyglądało to ani słodko ani uroczo, a może to ja straciłam wyczucie
- Jasne, jasne – zapraszam dla wszystkich starczy. Wchodźcie!
- Nie wiem, czy pani jest na to gotowa - śmiała się Kasia - My już od tygodnia siedzimy w długach przez tą kuchenna spółkę z chłopakami. Wyżarli nam całe zapasy, a teraz przyszli sępić po ludziach.
- Jutro idziemy do Wilmanowej. Powiemy, że głód w Sodomie i Gomorze i jako prawdziwa i wierna wyznawczyni pewnej stacji radiowej na pewno nam pomoże - Marcin jak zrozumiałam miał już wątpliwą przyjemność poznać starą Wilmanową oraz jej światopogląd.
- Nie, nie, to ja w razie czego dosmażę. Nie narażajcie się lepiej - uśmiechnęłam się do Marcina i zrobiło mi się tak jakoś przyjemnie, kiedy na mnie spojrzał. Miał ładne piwne oczy.
Kuchnia się zaludniła i wydała się jeszcze mniejsza niż dotychczas. Rozdzieliłam naleśniki i poczułam się staro. Jak matka piątki niesfornych dzieci, dokuczających sobie i żartujących głośno.
- A pani tu na długo? - spytała Monika. Wytarłam dłoń w ścierkę i podałam jej rękę
- Marta - wymieniłam uściski ze wszystkimi. No przecież te 6 czy siedem lat różnicy nie czyni ze mnie jeszcze ich prawnego opiekuna. A poza tym ten mój, powiedzmy, „podręczny bagaż doświadczeń” da się przemilczeć, a lekki powiew młodości też mi się przyda szczególnie, że według mojego planu osobistego rozwoju miałam przecież częściej spotykać się z ludźmi. Student też człowiek. Taki napis na koszulce miał jeden z moich studentów. Niestety go oblałam.
- Dwa tygodnie. Chciałabym żeby Kitek trochę jodu powdychał.
- Świetny ten twój synek - powiedziała Kasia. - Biedronkę mi dziś dał i powiedział „Proszę to dla ciebie”.
- Biedronkę! A ja nic nie dostałam – zmartwiła się Monika.
- Nie przejmuj się. Marcin zorganizuje ci jakieś mrówki czy stonogi, co tam będziesz chciała – Kamil znów oberwał tym razem ścierką od Marcina.
- Ze stawonogów interesują mnie tylko chrząszcze – dumnie podkreśliła Monika i dalej już w ciszy konsumowała swoje naleśniki.
Studenci zmyli się po obiedzie, a ja mogłam dać jeść prawowitemu potomkowi, który tym razem dla odmiany docenił moja kuchnię. Już prawie kończył, kiedy nagle pokazał paluszkiem na okno i powiedział:
- Oo...pan jeśt tam!
Do okna podszedł Marcin.
- Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale w podziękowaniu za obiad chcielibyśmy cię dziś zaprosić na kolację. Idziemy do „Grubej ryby” - to taki bar przy plaży...
- Dziękuję, ale nie wiem, wiesz, czy dam radę...Kitek ….muszę go uśpić ….
- Ja chętnie pomogę – z werandy rozległ się tubalny głos babci Zosi. A dałabym głowę że jeszcze minutę temu słyszałam jej chrapanie.
- O której idziecie?
- O siódmej
- To dla mnie za wcześnie, ale jeśli będziecie tam jeszcze po ósmej to chętnie dojdę.
- To świetnie! A trafisz? Może przyjść po ciebie?
- Dzięki, dam radę. Chyba wiem gdzie to jest.
- No to, do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
25.06.2009
Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Kitek jeszcze spał wtulony w w śnieżno-białą poduszkę obszytą koronką. Z kuchni dolatywał zapach kawy (zupełnie jak w reklamie). Słyszałam jakieś rozmowy w oddali i chyba dzwony gdzieś dzwoniły i myślałam, że gdyby tylko nie gwizdał czajnik, a ja mocno bym się skoncentrowała to usłyszałabym szum morza. Nie słyszałam jednak, a czajnik gwizdał jak opętany.
Niechętnie podniosłam się z łóżka i na palcach pobiegłam w stronę kuchni. Chciałam wyłączyć ten przeklęty czajnik zanim obudzi Kitka. W drzwiach stanęłam jak wryta. Przez okno do kuchni przeginał się jakiś facet. W ręku trzymał szczotkę i manewrował przy piecu kijem, próbując zepchnąć czajnik z paleniska lub zrzucić gwizdek z czajnika. Osiągnął sukces jakby bilard ćwiczył od dziecka. Gwizdek spadł i słychać było tylko bulgotanie wody. Zobaczył mnie i zamarł, a ja odruchowo skrzyżowałam ręce - zawsze tak robię, kiedy nie mam stanika i nad ranem staję twarzą w twarz z przystojnym facetem gmerającym kijem od szczotki przy mojej kuchni. Facet zeskoczył szybkim, kocim ruchem.
- Dzień dobry... przepraszam nie wiedziałem, że ktoś jest w domu ...babcia Zosia gdzieś poszła a ten czajnik tak gwizdał ...a my wróciliśy późno … bardzo przepraszam.
- Nie, nie... nie szkodzi … ja tez właśnie przyszłam wyłączyć ten czajnik, bo dziecko śpi.
- Aha... Ja jestem Kamil. Mieszkamy tam w namiotach...
- Marta Zagajewska. Cześć. - machnęłam ręką
- O widzę że już się poznaliście - babcia Zosia wpadła do sieni Poszłam po jajka do Wilmanowej, ale jak ona zacznie gadać to wyjść po prostu się nie da, a to że stary chory, a to że syn znów w kryminale....
Z pokoju dobiegło rozpaczliwe „Mamoooooo!” i nie dowiedziałam się już nic więcej o skomplikowanej sytuacji rodzinnej starej Wilmanowej, bo musiałam szybciutko udać się do swojego pokoju i uspokoić Kitka.
- Fajni ci studencie? - zapytała przy śniadaniu
- Fajni? Chyba tak. - odpowiedziała babcia - Uczynni tacy i mili. Pomogą czasem pogadają. Studiują medycynę w Warszawie na drugim roku, czy na trzecim...nie wiem.... To był Kamil, on tu z dziewczyna jest, Sylwią, wysoką taką, w jednym namiocie śpią, a w tym drugim to dwie dziewczyny są, Kasia i Monika i chłopak jeden- Marcin. Nie ma z nimi kłopotu. Kituniu, a ty czemu nie jesz?
Kitek krzywił się na jajo. Od jakiegoś czasu ulubione do tej pory jajo na miękko nie wzbudzało już dawnego zachwytu. Babcia Zosia podsunęła mu bułkę posmarowaną miodem. Kitek wystawił najpierw język i spróbował, kiedy uznał, że „mniam” i władował do buzi spory kawałek
***
Morze szumiało zachęcająco. I tyle. 17 stopni to dla mnie zdecydowanie za mało. P o kilku próbach zamoczenia stóp udałam się na kocyk z mocnym postanowieniem nie powtarzania więcej tego eksperymentu.
Kitekowi nadmuchałam mały basenik, który kupiliśmy wspólnie w sklepie z pamiątkami przy głównym deptaku. Kiedy woda ogrzała się do rozsądnej temperatury, Kitek dość niechętnie wypróbował nowy nabytek tylko po to, żeby po dwóch minutach stwierdzić, że „Juś, wychodzimy” i teraz bawił się swoimi samochodzikami w piasku, usiłując co jakiś czas uciec gdzieś w stronę wydm.
Plaża na szczęście była jeszcze dość opustoszała. Dzień powszedni, tuż przed sezonem, za tydzień, dwa pewnie będziemy mieć problem, żeby przepchać się do plaży, ale do tego czasu może znajdziemy sobie jakieś inne miejsce na relaks. Nie zamierzałam lansować się w swoich szortach i koszulce przy „wylaszczonych” 30-stkach ze stolicy. Będziemy potem zwiedzać.
Około 11.00 minęła nas znajoma grupa studentów spod jabłonki. Ukłonili się mamrocząc wdzięczne „...ńdobry”. Wyglądali na lekko zmęczonych „po wczorajszym”, a mimo to wciąż spragnionych ...słońca i kocyka. Rozłożyli się kilkanaście metrów od nas i kulturalnie nie zakłócali naszego spokoju. Odprowadziłam ich wzrokiem. Sylwia, rzeczywiście, wysoka ,piękna, długowłosa – kwintesencja Miss World, a przynajmniej Miss Polonia. Kamil, mój znajomy z kuchni, niósł za nią parawan i parasol i wyglądał na uniżonego sługę – w sumie mnie to nie dziwiło, bo chociaż nie był jakiś „ostatni”, to jednak Miss World nie zdarza się każdemu. Obok szły dwie dziewczyny. Co chwila wybuchały śmiechem. Jedna, niska blondynka, a druga nieco wyższa brunetka z burzą loków okalającą pucołowatą buzię. Koło nich szedł chłopak – Marcin, i opowiadał coś śmiesznego gestykulując jak rasowy Włoch i uśmiechając się sympatycznie. Był wyższy niż Kamil, dość chudy. Miał jasne, lekko kręcone włosy, które poprawiał niedbałym ruchem.
Wszyscy, może oprócz Sylwii, sprawiali miłe wrażenie. Byłam bardzo ciekawa jaką wybiorą specjalizację, bo na razie żadne z nich nie przypominało lekarza. Ale to było tylko pierwsze wrażenie. Jako wykładowca akademicki zdawałam sobie sprawę z tego, że studenci pozostają studentami tak długo, jak długo trwają ich studia. Mają do tego święte prawo. Zdążą się jeszcze ustatkować, uspokoić i mądrze pokierować swoim życiem. Kiedy obronią pracę magisterską.
24.06.2009
No to jedziemy! Kitek siedział dzielnie, przypięty w swoim foteliku. Rano był trochę niesforny. Chyba udzieliły mu się moje nerwy. Pamelka też ćwierkała jak najęta. Miałam zostawić ją w Warszawie, ale zdecydowałam ostatecznie, że jedziemy razem. W końcu jesteśmy rodziną. Chyba podroż jej nie zaszkodzi. Mam nadzieję.
Mimo wielu godzin planowania i przygotowań, nie byłam pewna czy ogarnęłam wszystko. „Czy wszystko zabrałam? Czy wszystko wyłączyłam? Czy o wszystkim pamiętałam” Chociaż moich rzeczy było stosunkowo niewiele, wnętrze Gruzina i bagażnik wypełnione były po brzegi małymi ubrankami, kaloszkami, samochodzikami, piłeczkami, książeczkami i...karmą dla kanarka. O moich ubraniach już mówiłam – nie bardzo było co zabierać. Coś tam oczywiście wrzuciłam do torby, z czego najlepsza okazała się 10 letnia sukienka z India Shopu - kiedyś sporo za duża, dziś, niestety, jak ulał.
W bagażu podręcznym wieźliśmy niezbędny zestaw małego podróżnika – sporo mimków (żelków), samochodziki, interaktywnego pieska, audio-bajki i piosenki dla dzieci na cd, lizaczki. Wszystko po to, żeby Kitek się nie nudził, kiedy policzy już po drodze wszystkie krowy i zauważy wszystkie „samochodziki takie jak nasz”. Pierwszy raz jedziemy w taką długą podróż. Wyliczyłam, że zajmie nam to jakieś 7 godzin, a do tego 3 przerwy po pół godz. Wiem że są rodzice, którzy nieomal nadają dziecko na bagaż i podróżują wspólnie zwiedzając Chiny, Dominikanę i Południowa Afrykę ja jednak i w tej kwestii jestem staroświecka. To, że dziecko nic nie mówi, to nie zawsze znaczy, że świetnie się bawi lub będzie bawić (szcególnie jak złapie amebę albo jakąś inna malarię). My więc nie jeździliśmy do tej pory prawie nigdzie i przez najbliższe kilka lat będziemy trzymać się Polski lub ewentualnie Europy.
Kitek spisał się świetnie, przynajmniej na początku. Po 3 godzinach jazdy po prostu zasnął. Nie zamierzałam go budzić. Kiedy wstał dwie godziny później po prostu zrobiliśmy sobie godzinną przerwę. Najpierw zatrzymaliśmy się w Macdonaldzie, nie po to, żeby jeść, chociaż rzeczywiście zamówiliśmy lody, ale dlatego, że Macdonaldy są wyposażone w mini place zabaw dla dzieci i postanowiłam trochę Kitka rozerwać. Pamelę wystawiłam na dwór, kiedy stanęliśmy na półgodzinny piknik w lesie. I Pamela i Kitek wyglądali na trochę „zamulonych” Martwiłam się, ale miałam nadzieję, że jakoś przeżyją tę podróż. Postój przedłużyliśmy o dodatkowe pół godziny, bo Kitek ślicznie bawił się na kocyku. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że mam dziecko do zadań specjalnych . W domu potrafi być naprawdę nieznośny, ale kiedy idziemy w gości jest aniołkiem. Teraz tez bardzo mężnie znosił podróż, wysiusiał się pod drzewko i zjadł dwa naleśniczki.
Do Babci Zosi dotarliśmy późnym wieczorem.
- No nareszcie jesteście!!! Chodź tu do mnie synku !!!! - babcia Zosia wyskoczyła z domu jak tylko usłyszała Gruzina kaszlącego pod bramą z wyczerpania. Poklepałam go po kierownicy. „Dobra robota” pomyślałam. Kitek nie kwapił się, żeby przywitać się z babcia Zosią. Widział ją ostatnio, kiedy znajdował się w formie embrionalnej w moim brzuchu, a teraz przechodził właśnie fazę nieufności do obcych.
- Cześć babciu - przytuliłam mocno 75 letnią letnią panią o błękitno-blond lokach. Wyskoczyła do nas w kwiecistym szlafroczku i mimo zmroku widać było jej ogorzałą morskim słońcem twarz i błyszczące (może sztuczne) uzębienie. - Jak wam podroż minęła? Pewnie głodni jesteście. A ja dorsza usmażyłam. Prosto z portu przywiozłam rano. Bardzo dobry chociaż teraz to już nie ma dobrych ryb, kiedyś to co innego. A gdzie ty Martusiu te rzeczy niesiesz? Ja was w murowym chciałam zakwaterować, pusto mam...
- Wykluczone. Śpimy z tobą, a turyści jeszcze przyjadą, przecież to początek sezonu dopiero.
- Może tak może, może tak, skarbie. Ale teraz to ludzie do Egiptów jeżdżą, do Grecji Nie ma już takiego ruchu jak kiedyś. Kiedyś to od wiosny wszystko miałam zarezerwowana, a teraz pusto ale może przyjadą. Na razie tylko tych studentów mam – pokazała ręką dwa kształty przypominające namioty, rozstawione pod jabłonką. - Trzy dni temu przyjechali i szukali jakiegoś miejsca, no to im mówię: U mnie ogród duży, nikt nie parkuje na razie to se rybeńki rozstawcie pod jabłonką, co to ją jeszcze Władzio, siwieć Panie..., posadził. Mili są, dwóch chłopaków i trzy dziewczyny. Zakupy mi dziś przywieźli, a teraz na miasto poszli, wiadomo…
- Coś mi to przypomina... - kursowałyśmy z babcią Zosią między samochodem a domem, dokładnie do malutkiej sypialni pełnej haftowanych serwetek, kaszubskich kilimków i starych, drewnianych mebli zagracających większość wolnej przestrzeni. W całym domu pachniało smażoną rybą i przyrumieniona cebulką. A mnie wzruszenie ścisnęło za gardło i na wspomnienie tego zapachu i noclegów pod jabłonką dziesięć lat temu.
Kitek odmówił rybki – to dziwne, bo zawsze lubił rybne paluszki. Z drugiej jednak strony odetchnęłam z ulgą, bo do tej pory dostawał tylko filety a ości były mu obce. Zjadł budyniowy deserek i widać było, że jest ledwo żywy więc zarządziłam kąpiel.
W czasie kąpieli odkryłam, że nie zabrałam ani swojego mydła, ani szczotki do włosów. Wiadomo to przedmioty, które pakuje się na końcu. Trudno Kitek pożyczy mi swój grzebień i mydło w płynie o zapachu, Matko, gumy balonowej! Czy ja takie coś kupiłam ? Musiałam być ślepa. Ale trudno będę pachniała Donaldem jak wszyscy moi znajomi w podstawówce, taki powrót do korzeni.
czwartek, 27 maja 2010
21.06.2009
Aż usiadłam! Usiadłam i tak już od paru dobrych minut. No może bez przesady, szok nie trwał tak długo. W międzyczasie poszłam do kuchni, obrałam sobie dwa kiwi, których moje dziecko nie chce jeść bo”Gjyziom w jęsik” (mnie tez gryza, ale co tam). Wróciłam na swój fotel i kontynuowałam kontemplację. Swojej szafy.
Widok dramatyczny, przypominający mniej więcej miejsce, z którego większość moich obecnych ubrań pochodzi – Second Hand „Centrum odzieży używanej”,nowa dostawa w poniedziałek.
Do ciuch-landów przekonała mnie Mada jeszcze na studiach. „W kupowaniu używanych ubrań nie chodził, bynajmniej, o kasę, tylko o POLOWANIE!” Mada była mistrzynią ciuchowych łowów. Potrafiła wyszperać sobie Versace i Laurena i ,Bóg jeden wie, co jeszcze, za 30zł za kg. Albo niemarkowe, ale cudne rzeczy, w których wyglądała jak królowa wybiegu. Nauczyła mnie jak to robić, żeby nie utknąć w jednym sklepie na lata i muszę przyznać,że kiedyś też miałam drobne sukcesy w tej dziedzinie.
Kiedy urodził się Kitek bardzo się cieszyłam, że będę mogła założyć coś poza ciążowymi worami. Bardzo się zawiodłam. Wory okazały się niezbędnym elementem mojego stroju, bo
a) w 90% mojej starej odzieży nie mogłam się wcisnąć,
b) pozostałe 10% nie bardzo się sprawdzało na coraz bardziej ekstremalnych rajdach po parku.
Ponieważ Kitek nie dawał mi zbyt dużo czasu na zastanowienie, zakup ubrań musiał być błyskawiczny. Skupiłam się więc na obszernych bluzach i dżinsach, które mogłam chwycić, zapłacić i wyjść. W ten sposób zapełniłam swoją szafę stertą wygodnej i odrażającej odzieży, modnej jakieś 10 lat temu. Trzeba przyznać, że kiedy byłam zbyt śpiąca i zmęczona, żeby pchać wózek było mi dokładnie obojętne w czym wyszłam z domu. Teraz kiedy mój czas relaksu nieco się wydłużył, a w dodatku za kilka dni powinnam spakować swoje ubrania do walizki i odjechać w stronę morza i lansujących się nastolatek, pomyślałam, że warto przejrzeć i przetrzebić co nieco moją szafę. Nie sadziłam jednak, że będzie z tym tyle roboty.
Chciałam działać metodycznie. Jak każda matka wiem, że tylko plan, dyscyplina i cierpliwość mogą mi pomóc. Jednym ruchem opróżniłam pierwszą półkę. Z kuchni przyniosłam worki na śmiecie i zaczęłam segregację: do wyrzucenia, po domu, do pracy. Teoretycznie nie było to trudne zadanie, w praktyce jednak worek pt „do wyrzucenia” wydawał się mocno frustrujący. „Czy powinnam wyrzucić tą burą, rozciągnięta bluzę - jest taka świetna do piasku. Kiedy Kitek chciał robić babki w lutym złożyłam ją na piasku i mógł sobie usiąść”. „A ta bluzka, kurcze, wydałam na nią pół pensji i teraz co? Po co mi te cycki tak urosły! Przecież teraz już nigdy nie kupię sobie nic tak drogiego i mam ją tak po prostu wyrzucić.” Musiałam sobie z tym jakoś poradzić. Zrobiłam czwarty worek:”ubrania które były bardzo kosztowne, a w które się nie mieszczę i pewnie nie zmieszczę się już nigdy, ale za Chiny się ich nie pozbędę, bo przypominają mi czasy, kiedy byłam szczupła i bogata”.
Szafa opustoszała. A podłoga usłana była czarnymi workami. Przy okazji wrzuciłam kilka letnich ciuchów do torby podróżnej. Podjęłam mocne postanowienie zrewitalizowania garderoby. Jest taki program w którym brytyjski stylista doradza, jak kupić dwadzieścia ubrań tak, żeby starczyło na kilka sezonów, pasowało do siebie i do ciebie, i nie wydać majątku. Od dziś zaczynam edukację a po wakacjach zastosuje jego rady w praktyce.
Ten sam gość ma program pt „Jak dobrze wyglądać nago” Hmm...mam nadzieję, że uda mi się jednak kupić jakieś ciuchy.
17.06.2009
Pana Mareczka odkryłam parę lat temu. Kiedy jeszcze było mnie stać na wystawne Fabryki Fryzur, Galerie Imagu itp. Pan Mareczek odziedziczył mały zakład po swoim dziadku, słynnym na całą stolicę Golarzu Anzelmie, u którego dżentelmeni grzecznie stali w kolejce, aby poddać się upiększającym zabiegom. Przynajmniej tak twierdzi Pan Mareczek. Po wojnie zakład podupadł, ale dziadek prowadził zakład fryzjerstwa męskiego aż do późnych lat 80. Golarz Anzelm nie doczekał się godnego następcy w osobie swojego syna, który wybrał architekturę zamiast fryzjerstwa, jednak interes rodzinny zaczął się kręcić, kiedy po kilku nieudanych próbach sprzeniewierzenia się rodzinnej tradycji wnuk Golarza Anzelma - Mareczek ostatecznie zdecydował się na poprowadzenie zakładu. Skończył kursy, zatrudnił dwóch pomocników i otworzył nowoczesny, choć mały, salonik dla kobiet. W swoim zakładzie zatrudniał tylko mężczyzn (i to nie byle jakich) i z tego prawdopodobnie powodu zakład chętnie odwiedzały panie w różnym wieku. Przy tym, oczywiście, Panowie byli fachowcami. Cięli całkiem nieźle – z fantazją i polotem. Ja przynajmniej byłam zadowolona.
- To co robimy dzisiaj pani Marto?
Popatrzyłam na swoje smętne oblicze w lustrze. Z mokrymi włosami owiniętymi jednorazowym ręcznikiem wyglądałam koszmarnie .
- Tniemy... - powiedziałam niepewnie. Pan Mareczek spojrzał na mnie z miną Desperado tuż przed drobną rzezią niewiniątek.
- Proponuję cięcie do linie brody...mocno wycieniowane. Do tego bardzo krótka grzywka ...lekko na bok....i rozjaśniamy całość ….myślę...balejaż....jasny blond ….taki kilka tonów jaśniejszy
- Brzmi dobrze, tylko niech Pan tak zetnie, żeby się łatwo układało. Bo ja czasu nie mam... za dużo...rano – jęknęłam błagalnie. Pan Mareczek puścił do mnie oko i wyszczerzył zęby w przepięknym białym uśmiechu. No cóż, jestem tylko kobietą i nie bez powodu tu przychodzę.
Pan Mareczek zabawiał mnie rozmową, w której uczestniczyłam połowicznie, bo zagłuszał nas ryk suszarek, a w międzyczasie na ziemię spadały długie pozlepiane kosmyki moich włosów. Nie jestem szczególnie wrażliwa na punkcie fryzury i łatwo się przyzwyczajam do zmian, ale zanim zobaczę finalny efekt zawsze czuję się zaniepokojona rozmachem działań Pana Mareczka. Kiedy skończył obejrzałam się uważnie w lustrze
- I jak ?
- Bardzo... młodzieżowo, ale nie no, jest ok - przyznałam
Z lustra patrzyła na mnie inna kobieta. -Jaka ona jest?- myślałam.- Wygląda na bardziej przebojową niż ja, młodszą weselszą, oryginalniejszą. Podoba mi się ta nowa ja.
Nikt nie zauważył mojego powrotu do domu. Ala ja trochę się zdziwiłam. Z kuchni słyszałam mamę robiącą herbatę, a w pokoju z Kitkiem ktoś rozmawiał.
- Tu, tu, tu kokoszka kaszkę ważyła … - deklamowała Lenka w pozycji półleżącej na podłodze w otoczeniu wszystkich Kitkowych pluszaków. Miała na sobie beżowe spodnie i bordowy kaszmirowy sweterek. Ciemne włosy spięte rubinową spinką dotykały dywanu. Tak niezobowiązująco, a mimo to tak elegancko.
- Mama!!!!! - wrzasnął na mój widok Kitek i zerwał się z podłogi – przyglądał mi się i dotykał rączką włosów. Jak typowy chłop nie umiał powiedzieć co, ale wiedział, że coś się zmieniło.
- Przepraszam, że bez zapowiedzi, ale przedwczoraj wróciliśmy z Japonii i pomyślałam, że wpadnę pogadać
- No właśnie! I do tego przyłapałam cię z moim synem. - Lena zrobiła obrażoną minę - Chodź do stołu, bo się cala wytytłasz na tej podłodze.- zaproponowałam
- Eee...nie. Przypomniałam sobie jak bawiłam się z Kasią ,kiedy była malutka. Była taka kochana, a teraz proszę, na studiach już. I nawet nie zadzwoni – siostra taka. Ale ten czas leci …
Gdybym była złośliwa zapytałabym teraz „A propos, uciekającego czasu, a co tam u twojego 15 lat starszego męża?” Ale nie byłam. I wyglądało, że Lenka też była w dobrym humorze, więc nie psując atmosfery usiadłam koło niej na podłodze. Zjadłyśmy wafelki Kitusia, wypiłyśmy herbatę. Ona pochwaliła moją fryzurę nazywając ją „nietuzinkową”, a ja podziękowałam za kimono i dziwaczną, elektroniczną zabawkę dla Kitka - made in Japan, prosto z Tokio.
16.06.2009
Moja mama. Moja najlepsza przyjaciółka. Spotkałyśmy się w Parku Skaryszewskim. Było ciepło i słonecznie, ale w powietrzu czuło się wilgoć po wczorajszej burzy. Po stawach dryfowały żaby i wygrzewały w słońcu grube brzuchy, a mu spacerowałyśmy sobie z grzecznie z Kitkiem ,który straszył wiewiórki terkoczącym kółkiem na patyku, które dzielnie pchał przed sobą przez całą drogę. Z mamą tak jest zawsze cisza, spokój i słońce, nawet kiedy pada.
- ...a poza tym martwię się o ciebie. Kiedy ostatnio robiłaś jakieś badania....taka blada jesteś. - mówi moja mama a ja czuję się przez chwile tak jakbym znów była małą dziewczynką. Bardzo mnie wzrusza takie jej gadanie. Odkąd sama mam Kitka, wiem jakie to matczyne uczucie jest silne. Mój znajomy po śmierci swojej mamy powiedział mi „Już nikt nie będzie mnie tak kochał”. Sama prawda.
- No co ty, mamuś. Jest dobrze, tylko Kitek robi mi pobudkę o 6.00. Wiesz, że ja nie cierpię tak wcześnie wstawać. A poza tym zobacz. - demonstruje jej moje stopy – zadbałam o siebie ,widzisz.
- No ładnie - przyznaje - ale obiecaj mi, że do lekarza pójdziesz – zrób badania krwi.I do ginekologa pójdź. Z tymi sprawami nie ma żartów. Najlepiej jeszcze dziś się zapisz...
- Zrobię to po powrocie z Władysławowa, teraz nie dam już rady.
- No dobrze, ale pamiętaj. Na długo jedziecie?
- Na dwa, może trzy tygodnie. Zobaczymy, kiedy nas Babcia Zosia wyrzuci.
- I co, tak sama pojedziesz?
- Nie sama, tylko z Kitkiem - uśmiecham się i wciskam Kitkowi do buzi bananka. Zjada bez protestu, ostatnio ma lepszy apetyt.
- A co z ...ojcem...
- Mamo – przerywam jej - jeśli masz na myśli mojego, to chyba wiesz lepiej, a jeśli Kitka, to daj spokój. Na ten temat nie rozmawiam. - ucinam trochę niegrzecznie. Widzę, że popsułam nastrój i próbuję to jakoś naprawić
- Ty za to świetnie wyglądasz. Co mówił kardiolog? - pytam cicho
- Dobrze jest wszystko. Nie mogę się tylko przemęczać.
- No to chodź, siądziemy sobie, a Kitek w piasku pogrzebie. Tam jest plac zabaw.
Kitek zasnął w samochodzie kiedy wracałam do domu. Spacer się udał. No i mama ma rację jak wrócę z Władysławowa zajmę się trochę zdrowiem. A jutro idę do fryzjera. Mama wpadnie do Kitka a ja pojadę do Pana Mareczka na super cięcie.
środa, 19 maja 2010
12.06.2009
Bawimy się z Kitkiem samochodzikami. Dzisiaj jeździmy po jego kolorowym dywanie w domki i ulice. Pukamy do drzwi tych domków i próbujemy negocjować z właścicielami ceny jabłuszek i marchewek rosnących na pobliskich polach . Kitek uwielbia tę zabawę, a im jest starszy tym ciekawszy robi się scenariusz.
- Puk. Puk – pukam w dywan w miejscu gdzie narysowany jest domek.
-Taaak...pjosie – odpowiada Kitek
- Czy możemy kupić u pana jabłuszka?
-Taaaak, ociwisie.
- A ile kosztują?
Kitek myśli chwilę i odpowiada:
- Za miesiąć.
- Za miesiąc? - troche się dziwię – ale ile kosztują? Dwa złote?
- Za miesiąć. - powtarza Kitek i kręci blond główką.
- No wiesz jabłka na abonament – trochę jestem zniesmaczona - proszę, dwa złote za pięć jabłuszek może być?
Kitek odlicza jabłuszka które urywa na niby z narysowanych na dywanie jabłonek
- Jeden,twa, ci, ćteji... - myśłi chwilę – pieć – uśmiecha się szeroko.
Nie ma jeszcze 2,5 roku, a już potrafi liczyć do pięciu i do dziesięciu jak mocno się skupi. Nie rozumie jeszcze do końca o co w liczeniu chodzi, ale wie, że trzeba pokazywać paluszkiem i recytować z pamięci kolejne cyfry. Bardzo jestem z niego dymna szczególnie, że umiejętność liczenia bardzo nam się przyda jeśli mamusia nie zacznie pracować zarobkowo.
W przerwie zabawy loguje się na swoje konto. Nie wygląda tragicznie, ale kiedy przedzielę kwotę przez 15 miesięcy, które zostało do mojego oficjalnego powrotu do pracy, nie jest już tak różowo. Dokładnie tyle żeby starczyło na rachunki i dość skromne zakupy. Trochę mnie to podłamuje, ale wierzę, że znajdę kilku uczniów od września. W gazetach piszą,ż e ludzie chcą się uczyć języków. Może Mada coś znajdzie. Od rodziców nie chcę pożyczać, i w ogóle nie chciałabym ich martwić. Mama mam słabe serce. Zresztą ja zawsze byłam tą najzaradniejszą i najlepiej zorganizowaną z całego rodzeństwa - cóż, chyba syndrom bycia „środkowym dzieckiem”.
Dobrze że są jeszcze dwa jasne punktu na horyzoncie. Pierwszy to taki, że prawdopodobnie uczelnia sypnie coś na wczasy „pod gruszą” z funduszu socjalnego. To marne grosze ale na bilet do Władysławowa starczy. A drugi to zwrot podatku – pewnie starczy na bilet powrotny z Władysławowa, śmieję się w duchu, ale prawda jest taka, że na bilety rzeczywiście starczy i jeszcze trochę zostanie. Zadzwonię do Babci Zosi.
Babcia Zosia nie jest moją babcią. Tak naprawdę nie jest niczyją babcią i z tego powodu została moją i Kitka. Poznałam ją wieki temu, jeszcze w liceum, kiedy razem z całą paczką szukaliśmy miejsca na biwak we Władysławowie. Babcia Zosia zaoferowała nam swój ogródek i była to ciekawsza propozycja niż obskurny kemping w Cetniewie. Babcia Zosia miała murowany dom, w którym mieszkała poza sezonem, a który w całości wynajmowała letnikom od czerwca do września. Sama przenosiła się w tym czasie do drewnianej chałupiny w ogrodzie wybudowanej jeszcze przez Dziadka Władka – szypra na kutrach rybackich, którego tamtego lata zdążyłam jeszcze poznać.
Tamto pamiętne lato obfitowało w śpiewy przy ognisku, alkohol i pierwsze kontakty niektórych uczestników z nielegalnymi używkami. Oczywiście nikt się nie zaciągał. Nie wyłączając Babci Zosi i Dziadka Władka. Od tamtego lata bardzo często spędzałam chociaż część swoich wakacji we Wadysławowie, które w tym zacisznym ogrodzie i w towarzystwie Babci Zosi wcale nie przypominały jednego z najpopularniejszych kurortów w Polsce. Wzięłam telefon do ręki i wykręciłam numer:
- Mówi Marta... Cześć babciu co słychać?
poniedziałek, 17 maja 2010
08.06.2009
Kitek zasnął. Takie szczęście nie zdarza się często. Kitek ma dość specyficzny stosunek do popołudniowej drzemki tzn. z reguły nie bierze takiego rozwiązania pod uwagę. Kiedyś spędzałam godziny próbując zagonić go do łóżka i namówić do spania, a on albo w nim ryczał albo skakał albo i jedno i drugie. Po jakimś czasie dałam sobie spokój i Kitek przestał drzemać w południe, często jednak pod wieczór był nie do wytrzymania. Kilka razy w swoim życiu zaskoczył mnie i sam położył się spać, jednak do tej pory zdarzyło się to może trzy razy. Dziś nie marudził bardziej niż zwykle. Chwilę powalczył, pojęczał i zasnął. Każda taka drzemka to dla mnie 2, a czasem nawet 3 godziny wolności. Z reguły mam wtedy sporo pracy – gotowanie i sprzątanie, ale dziś postanowiłam zająć się sobą i swoim planem „rozwoju”.
Nie zamierzałam go oczywiście realizować punkt po punkcie. Na dziś wybrałam sobie manicure i pedicure. Wiele szczęśliwych, prezentowanych w mediach matek złapałoby się za głowę na widok moich dłoni i stóp.
- Jak to nie miałaś czasu! Ja też mam dziecko i zobacz! - tu pokazałyby mi swoje wymuskane tipsy- Ależ to bardzo proste – jedną ręką bujasz wózek, a drugą malujesz! No a stopy, to już banał po prostu! Przecież stopy nie są ci potrzebne do, dajmy na to, karmienia czy przewijania. Rękami przewijasz a nogom robisz piling i skórki! Jasne!?
Jasne. Że tez sama na to nie wpadłam. Ale cóż może nieco bardziej tradycyjnymi metodami, ale teraz się za to zabiorę.
Zaczęłam od skompletowania wszystkich potrzebnych narzędzi. Nie było to łatwe bo przez ostatnie 3 lata nie były używane, lub tak jak na przykład moje różowe separatory do malowania paznokci u nóg, świetnie nadawały się jako kąpielowe zabawki Kitka. W czasie poszukiwań odnalazłam kilka buteleczek lakieru do paznokci. Większość nie wyglądała zachęcająco i została wyrzucona, ale dwa sprawiały wrażenie działających. Oczywiście nie zamierzałam malować paznokci u rąk. Nie miałoby to zbyt wielkiego sensu, ale u nóg, czemu nie.
Oszczędzę relacji z pilingowania i ścieranie stóp. Grunt, że to zrobiłam i nie potrzebowałam szlifierki kątowej. Co miałam wyciąć wycięłam, ładnie polakierowałam i nakremowałam. Gdzieś pod koniec pierwszej stopy Kitek sapnął niespokojnie w swoim pokoju. No jeśli teraz się obudzi to jestem w czarnej..... Nie... śpi. Super.
Było ok. Patrzyłam na te nogi i nie mogłam uwierzyć, że są moje. Z rękami poszło łatwiej. Nie lubię piłowania, ale jakoś się przemogłam. Zachęcona sukcesem stóp lekko nabłyszczyłam specjalnym pilnikiem, który kiedyś na dostałam od Mady na gwiazdkę. Było całkiem przyzwoicie. I szybko. Całość zajęła mi jakieś pół godziny nie licząc godziny szukania cążek i lakierów. Nie wspominając jak oszczędnie. Kiedyś wydałabym pewnie jakieś dwie stówy na taką obróbkę skrawaniem. A dziś proszę! Darmocha!
- No właśnie – powiedziała Mada, kiedy zadzwoniłam pochwalić się sukcesem – A pomyśl na ilu innych rzeczach oszczędzasz codziennie!
- Czy ja wiem...Ja raczej codziennie na coś wydaję. A pieluchy są strasznie drogie...
-Nie o to mi chodzi. Posłuchaj: nie palisz, nie pijesz, nie narkotyzujesz się, nie grasz w gry hazardowe, nie jadasz w restauracjach, nie masz kochanka-pijawki, za którego musisz płacić rachunki...
- Nie no wystarczą mi moje własne – wtrąciłam.
-Ale sama widzisz. Ludzie robią te rzeczy, a mimo to jakoś żyją. A ty sama sobie podlicz ile do tej pory oszczędziłaś, wlicz darmowy manicure i pedicure, a to co ci wyjdzie wydaj na ciuchy. Trzymaj się, Cześć!
Żeby to było takie proste. Szkoda że nie jest, ale jak tak sobie człowiek podliczy to lepiej mu się robi na duszy. No i w zasadzie mam pewne realne oszczędności. Od jakiegoś czasu Kitek nie używa już pieluch, więc oszczędzam ok 6 zł dziennie. W skali roku to naprawdę niezła sumka. Mam tylko nadzieję, że nie równoważą jej teraz wzmożone wydatki na proszek do prania i ręczniki papierowe. Eeee...napewno nie.
|
|